Wystawa klasyków na DUB IT! najciekawsze auta!

Zgłoszenia na festiwal DUB IT! płyną szerokim strumieniem, a my wybieramy najciekawsze kąski na wystawę klasyków, która odbędzie się pod naszym patronatem na DUB IT! Zobaczcie te okazy i jeśli jeszcze się nie zgłosiliście na DUB IT! macie sporo czasu – do 16 czerwca 2013 roku.

Bez gwiazdy nie ma jazdy! Czyli zlot Mercedesa w Koninie.

Mercedesiarze, (a może gwiazdorzy?) to dość specyficzne środowisko i ich zloty są inne niż np. cult style, ale czy gorsze? Ostatnio w Koninie odbył się zlot Mercedesów W201 i W124, a wybrał się na niego nasz fotograf, zagorzały fanatyk gwiazdy na masce – Olek i on też przygotował dla was małą relację.

Nie mogłem tego opuścić!
W dniach od 2 – 4 maja w Koninie odbył się zlot fanów marki Mercedes-Benz, a jako właściciel stuttgardzkiej maszyny nie moglem tego opuścić! Myjemy, woskujemy, pakujemy się i w drogę! Mercedes jest kojarzony jako samochód, którego właściciel zatrzymał się w świecie rodem z lat dziewięćdziesiątych, kiedy wraz z dorodnym brzuszkiem był synonimem luksusu, lub też z powoli toczącą taksówką i dziadkiem, który z dziewięćdziesięcio-procentową pewnością ma wszczepiony respirator. Dlatego też stwierdziłem, że pomysł z wjechaniem z kogutem na dachu i w sweterku à la Kononowicz, na pewno nie przejdzie.

Jak zawsze…
Wyjeżdżam – słońce świeci, gwiazda lśni… a gdy dojeżdżam na miejsce – deszczowe chmury… Cholera, potem powiedzą że je przywiozłem ze sobą z Poznania – myślę, lecz mimo to wjeżdżam swoją skromną 190-tką. Liczyłem, że na zlocie na pewno będzie klimat prosto z postoju taxi, lecz od razu widzę, że się myliłem… E500 w stanie lepszym, niż chyba ja sam, W126 białe jak nos Tony’ego Montany, a na dokładkę – W123 z trzylitrowym dieslem chodzącym ciszej, niż nie jeden benzyniak. Kopara mi opadła.

A jednak można!
Moim hitem stal się W124 z przebiegiem 200 tysięcy kilometrów, a utrzymanym tak, że samochody w salonie mogły by mieć kompleksy – w samochodzie wciąż wyczuwalny był zapach nowości, a ona przecież wyprodukowana była dwadzieścia dwa lata temu. Najbardziej zadziwił mnie fakt, że na progu jednych z drzwi wciąż była folia.
Były oczywiście dziwne egzemplarze w stylu rat czy rost czy jak to się zwie. Mercedesy celowo przerabiane na jeżdżącego szrota? To nie dla mnie! Jeszcze nie widziałem na świecie garnituru który po rozerwaniu, poplamieniu i pomalowaniu sprayem wygląda dobrze. Twierdzisz inaczej?Wejdź w takim na firmowy bankiet.
Pod koniec odbył się pokaz produktów firmy Meguiars i pokazanie możliwości środków do pielęgnacji aut na wybranym Mercedesie. Dobrze było spędzić czas i porozmawiać z rożnymi ludźmi których łączy jedno – Mercedes-Benz w garażu. Co było dla mnie najdziwniejsze, nikt nie miał tam poglądów taksówkarza, a frekwencja blisko dziewięćdziesięciu aut – myślę że jest dobrym wynikiem.


Oby więcej takich zlotów, gdzie moje oko fotografa zostanie dobrze wypieszczone, a zmysł estetyczny będzie przeżywał istny orgazm.

Aleksander

P.S reszta zdjęć na www.ziarnecki.pl

Zza kierownicy: 1 i 2 runda WPP subiektywnie!

„Wyjazd na tor, okrążenie formujące, krótka rozmowa na polach startowych z narzeczoną, Jasiem, regulacja ciśnienia, kolejne okrążenie formujące i znów podjeżdżamy na pola startowe – standardowa procedura startu.
Wtedy emocje sięgają zenitu. Na światłach na linii startu zapalają się światła czerwone i serce bije, ciśnienie rośnie, wszystko pulsuje. Obroty już utrzymuje wysoko, światła gasną, puszczam sprzęgło i wyścig się zaczyna.”

Jeśli chcie przyczytać subiektywny opis zza kierownicy Wyscigowego Pucharu Polski – zapraszamy na wyścigowy blog, RACETEC.pl

http://racetec.pl/1-i-2-runda-wpp-czyli-emocje-siegnely-zenitu/

Polski Fiat w sporcie.

Aktualnie Fiaty 125p to w większości ruchome pomniki motoryzacji. Co jak co, ale po tych 25-35 latach eksploatacji mają w sobie znaczniej mniej wigoru niż produkty zza zachodniej granicy. Szybkie BMW, Audi, Volkswagen z lat 80-90 nikogo nie dziwią, te auta potrafią wciąż zawstydzać salonowe „nówki”. Jeżdżący Fiat to rzadkość, a taki, który dodatkowo jest szybki to prawdziwy rarytas. Większość z nich ma ledwo żyjące silniki i zawieszenia tak miękkie, że mogą nadać się co najwyżej do usypiania dziecka niż sportowej jazdy, ale kiedyś było inaczej.

Fiaty ścigały się i wygrywały w całej Europie, a fabryka mocno inwestowała w sport samochodchowy! Był Fiat wyścgiowy GTJ, były Fiaty rajdowe, a także co roczny wyścig SERYJNYCH FIATÓW o puchar grand prix Fabryki Samochodów Osobowych. Koniecznie zobaczcie ten film, bo sam dowiedziałęm się z niego bardzo dużo. REWELACJA! Co dzisiaj zostało nam ze sportu motorowego? NIC… Ale chociaż zobaczcie sobie tą piękną historię.

One day in Oslo – czyli elektryki atakują!

– Cześć Piotrek, musisz mi pomóc. Polecisz na jeden dzień do Oslo na prezenację Nissana?
– W sumie eee… no nie wiem… trochę czasu nie mam… a co to za Nissan?
– nowy GTR, wiesz z pakietem torowym
– SERIO?! JAPIER**OLE LECEEEE!!!!
– żartowałem, elektyczny Leaf, ale to fajnie, że się zgadzasz! Dzięki!

Tak właśnie wyglądała moja rozmowa ze znajomym kilka dni temu. Kiedy usłyszałem o GTR w moim sercu zapalił się płomień, ale kiedy szybko Tomek sporawdził mnie na ziemie, płomień zgasł jak ugaszony kilokoma wozami strażackimi na raz. Jak to na prezentację auta elektrycznego? JA?! Przeciwnik wszystkiego co nie ma głośnego wydechu i nie prycha ogniem?! No cóż, słowo się rzekło. Wycieczka miała trwać 40h, z czego około 20h miałem spędzić w samolocie – no super, ale przynajmniej zobaczę co tam za klasyki jeżdżą po Norewgii. Spakowałem Gameboya, którego zawsze wyciągam z zakamarków mojej szafy w takich sytuacjach, dodatkowe gatki i jazda!

Miało być o klasykach w Oslo, ale… nie będzie! Jeździ ich tam jak „na lekastwo”. Podczas 20h pobytu na miejscu widziałem:

2x Volvo 740 (kiedy wybrałem się na wycięczkę na przedmieścia, i były to raczej zajechane woły robocze)
1x Volvo 340 (na tej samej drodze, prowadzone przez Pana który miał jakieś 174 lata)
2x zajechane na amen w124 z robotnikami (obstawiam, że to Polacy, bo na wszystkich budowach można było słyszeć soczyste k@#$a)
1x Mercedes Sl W109 (piękne, idealne, świadomego właściciela)
1x Alfa Spider (w sumie nie w moim stylu)
1x E28 !!!!! (BMWWWWWUUU W KOŃCU!!!) niestety zajechane i podgniłe
1x TVR Chimaera, którego zdjęcie wrzuciłem na fb i już po chwili dostałem info, że jest taki do sprzedania – jesteście niesamowici! http://www.autodb.no/bil/view/1560463#AdItemId1560463



Ogólnie w Oslo trąci nudą. Brak ciekawych aut. Wszyscy jeżdzą małymi miejskimi autami, czasem trafi się jakaś BMW 5-tka i SUV lub 911-stka, a masa jest hybryd i tworów, którymi się brzydzę. Aut elektrycznych jest naprawdę sporo. Większość z nich to coś, czego nie potrafię nazwać. To coś wygląda mniej więcej jak połączenie kiosku, konteneru Caritas’u i Tico – ochydne, małe twory zapieprzające po BUSPAS’ach. Auta elektryczne w Oslo są bardzo popularne właśnie ze względu na ułatwienia ze strony władz. Jazda po buspas’ach, brak podatku VAT, darmowe parkowanie i jeszcze kilka innych. Punktów ładowania jest sporo, a auta jeżdżą taniej o 90% od benzynowych aut. Te liczby i zalety do mnie przemawają, ale k@#$a, czy te wszystkie elektryki muszą być tak paskudne?!

Jeden z tych elektryków się wyróżnia – to Tesla Roadster. Trudno się dziwić, bo to po prostu Lotus Elise z elektyrcznym napędem. W Oslo jest ich sporo – przez 20h widziałem 10 sztuk – niesamowite! Widziałem także Fisrkasa… ciekawe to miasto. Ja po Oslo miałem okazję pojeździć trochę elektrycznym Leafem. Tam jest ich masa, wg statystyk – więcej niż nowych Focusów! Czy te elektryczne potwory to przyszłość motoryzacji? Czy za kilka lat zamiast strzałów ognia z wydechu będziemy jarać się tym jak cicho jeździ nasz elektryczny kibel? A może elektryczny wcale nie znaczy taki zły? Opiszę swoje przeżycia z jazdy już niedługo!

Spoty czas zacząć – Rozpoczęcie sezonu Yougtimer Warsaw

Zima w końcu posłuchała nawoływania wszystkich i wypie*doliła z Polski na dobre 😉 Praktycznie wszystkie planowane rozpoczęcia sezonu zostały przesunięte, czemu trudno się dziwić, bo kto by chciał wyjeżdżać pięknym i zadbanym klasykiem na śnieg i sól jaką mogliśmy oglądać jeszcze 2 tygodnie temu na polskich drogach. Także rozpoczęcie sezony Youngtimer Warsaw zostało przesunięte, ale na szczęście, wszystko się udało i frekwencja użytkowników dopisała. Zobaczcie film z tego wydarzenia!

Youngtimer Warsaw – rozpoczecie sezonu 2013 from badvideo.pl on Vimeo.

Rothenburg 2013 – okiem kamery!

Zlot cultstyle.pl to klasyk zna go każdy fanatyk fajnych aut. Zlot culstyle.de, który co roku odywa się na lotnisku w Rothenburgu stał się bardzo popularny ostatnimi czasy… także wśród Polaków! Dobry dojazd i lokalizacja blisko granicy niemieckiej, a także wysoki poziom imprezy zachęca wielu fanatyków aut. W Rothenburgu w tym roku mieliśmy także swoją ekipię wysłanników, która zrobiła dla nas relację zdjęciową i wyśledziła najlepsze klasyki. Dziś mamy dla was szybki i ciekawy klip od properspektywa.com!

Szeroki Mudderfucker

Nigdy nie byłem fanem off-roadu. Moje motorsportowe zainteresowania zawsze skupiały się na rajdach i torowych zmaganiach. Nie rozumiałem wyciągarek, snorkli i innych tego typu akcesoriów, które ułatwiają taplanie się w błocie. Z drugiej strony, wszystkie grudki błota na dachu mojego auta po różnego rodzaju pojeżdżawkach zawsze była dla mnie powodem do dumy i niechętnie pozbywałem się ich na myjni wraz z numerami startowymi. Moje podejście do jazdy terenowej odmienił kolega Michał, który pewnego popołudnia zadzwonił do mnie z propozycją: „Mamy Szerokiego, jedziemy do kopalni piasku. Lecisz z nami?”. Nie trzeba było mnie namawiać. Zapakowałem się do samochodu i pojechałem bez większego zastanowienia.

Początek zaplanowanej wyprawy okazał się trudny w realizacji. Kiedy pierwszy raz
zobaczyłem Jeepa na oczy, okazał się bardzo oporny na kręcenie kluczykiem w stacyjce. Niedługo
potem wyszło na jaw, że niedobór gazu w butli nie jest naszym sprzymierzeńcem i na lince zaprowadziliśmy tę czterolitrową, głodną bestię na stację benzynową. U paśnika zagadał już z własnej nieprzymuszonej woli. Nasz dzień właśnie się zaczynał. Czekały na nas strome zjazdy, podjazdy, głębokie „kałuże”, którym zdecydowanie bliżej było do małych jeziorek oraz nieznaczne ilości śniegu. Tego dnia po raz pierwszy spróbowałem zamielenia czterema butami w kopnym piachu. Obserwowałem jaką właściciele mają radochę podczas męczenia swojego, jeszcze świeżego, nabytku w tym nie najcięższym terenie. Szeroki dał mi do myślenia.

Wyobraźmy sobie następujący scenariusz: mamy uzbieraną pewną kwotę pieniędzy oraz misję – kupić „klasyczną” terenówkę. W czym możemy wybierać? Moje pierwsze skojarzenie idzie w kierunku Range Rovera. Auto jest wielkie, może nie klasyczne, lecz legendarne. Ciekawy wygląd, pakowność, świetne właściwości w terenie. No, po prostu idealny kawałek Wielkiej Brytanii nadający się pod każdy polski dom! I można go kupić w cenie zaczynającej się od kilkunastu tysięcy złotych. Ideałów nie ma, wiem to bardzo dobrze. I podobnie jest z Rangem. Model P38, bo taki mam na myśli, nie należał do zbyt udanych konstrukcji. Bazowy silnik 2.5 DSE nie dość, że okazał się zbyt dychawiczny do napędzenia dwóch ton brytyjskiej stali, to jeszcze jest to ta sama jednostka napędowa, która w bawarskim koncernie dostała oznaczenie TDS – przemilczmy zatem temat tej motorowni i oceńmy następne silniki montowane w Range’ach – V8 jako wystarczające pod względem mocy, lecz okrutnie paliwożerne. Do tego wszystkiego dochodzą liczne awarie układu elektrycznego, drogie części itd. Czym jest w stanie odpowiedzieć Japonia?

Wybór konkurencji dla Szerokiego jest spory. Są monstrualne Patrole, nieśmiertelne Land Cruisery czy równie silnie Pajero. Jednak problem w przypadku japońskich samochodów jest trochę inny, niż w przypadku Range Rovera… Cena.  Nie wiedzieć czemu, auta te mimo archaicznych rozwiązań (patrzę z perspektywy użytkownika auta osobowego),  trzeszczących plastików, stanu technicznego pozostawiającego wiele do życzenia, trzymają cenę jak rzadko które. Niech ktoś mi wytłumaczy, dlaczego za kilkunastoletniego japońca mam płacić takie pieniądze, jak za kilkuletniego kompakta? W perspektywie wyboru auta terenowego, do zabawy, często określanego przez handlarzy jako „trzeciego w rodzinie” wydaje mi się to lekkim przeinwestowaniem.

Gdybyśmy byli teraz w studiu, a ja jako „przystojny i z Warszawy”, jak określił mnie kiedyś Piotr, prowadziłbym program motoryzacyjny, poszlibyśmy na zaplecze z kamerą i pokazałbym Wam brudnego, porysowanego, kanciastego Szerokiego, który stałby umorusany po czubek anteny. To jest kwintesencja tego, czego potrzeba do zabawy. Michał zapłacił za to auto mniej niż 10 tysięcy złotych. Oczywiście nie obyło się bez mniej lub bardziej podstawowych serwisów, które pochłonęły kolejne zasoby, jednak całość „zabawki” zamknęła się spokojnie w kwocie 15 tysięcy złotych. Czy warto? Czy terenowy klasyk nie jest skarbonką bez dna? Warto. Pod maską warczy czterolitrowa rzędowa szóstka, której moment wystarcza, aby wystrzelić Szerokiego do góry po wydmie piaskowej. Instalacja LPG zapewnia duże pokłady fun-u w promocyjnej cenie – już od 2,55 zł za litr czystej radości, spalanej w trudnym terenie. Dodatkowo, właściciele bez stresu wybrali się na śnieżne szaleństwo za południową granicę i wrócili stamtąd o własnych siłach.

Zacząłem doceniać auta, których koła kończą się na wysokości ramki przedniej szyby w mojej Miacie. Wszystko dzięki prostej i niezawodnej konstrukcji, którą, mimo moich wszelkich niechęci do owoców pracy tego narodu, stworzyli Amerykanie. Egzemplarzy na rynku jest sporo, możecie przebierać zarówno w tych seryjnych, jak i zmodyfikowanych. Wybór wprawdzie należy do Was, ale ja już widzę takiego Mudderfuckera na swoim podjeździe.

Na koniec rzućcie sobie okiem na zabawy w błocie: Szeroki w Kołbieli

Kiedy pisałem ten tekst nie wiedziałem co Michałowi chodzi po głowie. Niestety wystawił Jeepa na sprzedaż. Bierze ślub, robi wesele – niech będzie mu wybaczone. Możecie go znaleźć na otomoto, jak się okazało to po to robił te zdjęcia:http://otomoto.pl/jeep-cherokee-super-stan-C28666226.html

M.P.

 

Legendarne nazwy, plastikowe samochody.

W sercu każdego fanatyka są takie słowa, które rozpalają żar jego motoryzacyjnego serca. Każdy kto kocha samochody słysząc dźwięk legendarnych nazw pogrąża się na chwilę w marzeniach. Ja mam dokładnie tak samo, ostatnio jednak pojawiło się kilka słów, których wypowiadanie teraz przyprawia mnie o wymioty.

Skoda Rapid

Prym w zniszczeniu swojej legendy wiedzie Skoda. Kiedyś Rapid był legendą. Te samochody nazywane były czeskimi Porsche, a już samo wypowiadanie ich w jednym zdaniu obok Porsche nobilitowało je do tego by być zajebistym. Auto na tamte czasy miało genialny design i było jednym z niewielu (jeśli nie jedynym) coupe  „zza żelaznej kurtyny”. Na koniec wszystkiego miało swoje, konsekwentne i ciekawe rozwiązania jak np. silnik umieszczony za tylną osią. Kilka lat temu usłyszałem o powrocie Skody Rapid. Co sobie wyobrażałem? Widziałem niski, szeroki i 2-drzwiowy twór z silnikiem 1.8T umieszczonym centralnie. Jak bardzo zajebisty byłby to samochód ?!

…a czym naprawdę jest aktualny model Rapida? Kupą. Tak dokłądnie K-U-P-Ą! To nic innego jak odpowiednik Fabii w sedanie, tylko, że teraz ma trochę inny ryj i podnoszoną klapę (z Octavi) – no super. Wielka mi rewolucja. Spoko, jest tania i pewnie w Polsce będzie się sprzedawała jak jajka na święta, ale na BOGA, dlaczego ktoś postanowił nazwać to auto imieniem Legendy?! To tak jakby nazwać siatki z tesco Louis Vuitton.

Datsun

Nie mniej zasłużył na upodlenie Datsun. Chyba każdy z nas kojarzy Datsuna 240Z. Oczywiście, to jedno z najlepszych aut tej marki, ale produkowała ona też małe i gówniane samochody, ale każde miało w sobie to coś. Nowy Datsun to po prostu to samo czym jest Dacia dla Renault – tanią marką, dla niezbyt rozwiniętych krajów – extra. Faktycznie użycie nazwy Datsun było tu konieczne, jakby nie można było tego nazwać NISRAN albo SHITSAN.

Citroen DS…

Citroen wprowadzając nową linię DS też trochę namieszał w głowach francuskich purystów. Model DS był przełomowy. To auto wyprzedzało swoje czasy rozwiązaniami technicznymi, designem, komfortem i prowadzeniem – wszystkim! Był tak zaawansowany technicznie, że żaden z obecnych samochodów nie wykonał takiego skoku, a jeśli to zrobi – musiałby przynajmniej zacząć jeździć na wodę albo lewitować. DS3, DS4 to nic innego jak zwykłe kompakty. No dobra – mają trochę pseudo-stylu i masę dodatków, ale klasy nawet za grosz. Może pewną rehabilitacją będzie model DS9, ale szczerze? Nie sądzę.

A może się da…?

Jednak nie ma co narzekać, są też pewne powroty, które moim skromnym zdaniem wyszły całkiem fajnie. Jednym z nich na pewno jest Fiat 500. Autko ma fajny design i naprawdę nawiązuje do swojego poprzednika. Widać w nim te same linie, a auto skierowane jest do tej samej grupy społecznej. Oczywiście nie ma w nim już wystających chromowanych zderzaków i chłodzonego powietrzem silnika za tylną osią, ale wciąż widać w nim geny przodka. Auto ma ogromną liczbę ciekawych dodatków i pakietów, a w wersji Abarth Essesse… to genialne autko, które z chęcią przyjąłbym do swojego garażu – popatrzcie na detale!

Toyota GT86 mocno bazuje na legendzie AE86 i w tym przypadku nowy model jest chyba lepszy niż oryginał. W świecie plastikowej motoryzacji, niewyłączalnych systemów trakcji, turbosprężarek i masy elektorniki pojawia się ona: GT86 z wolnossącym, wysokoobrotowym silnikiem boxera o mocy 200KM, z napędem tylko na tył, seryjną szperą, lekkim nadwoziem i wyłączalnymi systemami bezpieczeństwa. Przyjemność płynąca z jazdy tym autem jest ogromna, aż szukasz sobie spraw do załatwienia bym nim pojeździć!
Kontynuacją legendy jest też Volkswagen Scirocco, którego testowaliśmy ostatnio. To auto jest niezłe, nie jest rewolucyjne, ale jest godnym następcą coupe VW. Zawsze mogło być gorzej – mogli z Scirocco zrobić K-Vana albo małego SUV’a do miasta.

Mickiewicz w cygańskim taborze?!

Nie ma co płakać na rozlanym mlekiem. Z różnych powodów świat motoryzacji ciągle się zmienia… czy na lepsze? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami. Jedno jest pewne – nie unikniemy tego nawet jak bardzo byśmy się buntowali. Fajnie by było jednak, gdyby legendy były na zawsze legendami. Nazywanie taniego sedana imieniem sportowego auta jest jak wykopanie z grobu Mickiewicza i kazanie mu zajmować się wróżeniem z ręki w cygańskim taborze.

Rudy koszmar

Kto lubi rudych? Mam kumpli, którzy szaleją za rudymi dziewczynami. Nie zmienia to jednak faktu, że w ogólnym wydźwięku społecznym osoby o rudych włosach są mniej lubiane od innych. Rude to wredne, fałszywe i dwulicowe. Moje poglądy na ten temat są dalekie od tych stereotypów jednak w kwestii motoryzacyjnej, nie do końca. Jeżdżę 20-letnimi autami, które ktoś mniej lub bardziej może uważać za youngtimery. Przedłużająca się zima spowodowała w mojej głowie rudy alarm.

 

Dlaczego moje miasto mi to robi?
No właśnie, dlaczego? Jak co roku przed każdymi mniej lub bardziej intensywnymi opadami śniegu, scenariusz jest dokładnie taki sam. Z piekielnych czeluści wychodzą na miasto pomarańczowe bestie, których żrące wydzieliny tylko czekają, żeby zaatakować moje biedne, niczemu niewinne, japońskie progi. Nikogo nie obchodzi, że są dostępne środki nieżrące, które rozpuszczają zimową mazię, zostawiając po sobie czarny asfalt. Służby odśnieżające sypią takie ilości soli chyba tylko po to, żeby lokalne warsztaty blacharskie miały odpowiednie obłożenie.

Co robić?

Przede wszystkim – nie czekać. Rudzielec ma to do siebie, że jak już gdzieś wejdzie to uwije sobie przytulne, utleniające się gniazdko. To miejsce to ognisko korozji. Różne auta są podatne na jego występowanie w różnych miejscach. Niektórym będą rdzewiały nadkola, innym progi, a jeszcze innym, jak w przypadku produkowanego na Węgrzech Suzuki Swifta – całe przednie błotniki. Akurat okres zimowy dobiega (miejmy nadzieję) końca. Kiedy ostatni biały syf zejdzie już z ulic proponowałbym każdemu dbającemu o swój samochód wjechać na kanał i obejrzeć straty, które poniósł w tej nierównej walce.

Znalazłem! Znalazłem!

No dobrze, jest kilka rudziejących punktów na moim wyniunianym automobilu. Co z nimi zrobić? Opcji jest kilka. Pierwsza to oczywiście odstawienie do warsztatu zajmującego się blacharstwem i lakiernictwem. Problem tego rozwiązania jest taki, że ja osobiście miałbym duży problem z poleceniem kogoś konkretnego w okolicach Warszawy. Nie trafiłem na osobę, która wywiązałaby się ze swoich obowiązków odpowiednio i nie zdarła mi skóry przy portfelu. A może spróbować samemu? Ja osobiście mam taki plan. Chcę się w końcu nauczyć lakierowania, a najlepiej na własnym aucie. Moim zdaniem najlepiej jest poszukać fabrycznego elementu w jak najlepszym stanie newralgicznych punktów. Oprócz tego można też zabrać się za łatanie żywicą, co kto woli. Każdy wie na co go stać.

Załóż gumę na instrument

Nie robiłem tego wcześniej, trochę się wstydzę, ale zabezpieczenie musi być. Przede wszystkim – wyczyścić wszystko do gołej blachy. Nie może być grama rdzy, jeżeli chcecie jeździć z tym elementem dłużej niż przez najbliższy sezon. Po drugie – dobre zabezpieczenie. Należy pamiętać o dobrym zapodkładowaniu, osłonięciu narażonej blachy. Najlepiej by było, żeby pomógł w tym jakiś kolega z doświadczeniem, ale ja osobiście mam zamiar pouczyć się na swoim zeżartym błotniku używając manuali z internetu. Do odważnych świat należy. A jak wyglądają Wasze klasyki po zimie? Jak chcecie je naprawiać?

M.P.